Moje herezje

Blog około...

Nie poszedłem na manifestację, bo zimno…

Pogoda słaba i ciężko wychodzić z domu. A przecież mamy co chwilę manifestacje, jeszcze będzie okazja. Pamiętam, jakby było to wczoraj, te tłumy ludzi na ulicach, gdy rząd dobrał się do OFE. Ten pozytywny zrywy, kiedy PO śmiała się wielokrotnie w twarz demokracji. Pokazaliśmy im wtedy, że się nie damy. W końcu oddali władzę.

A nie, tak serio teraz. Nie lubię Kaczyńskiego, PiSu itd. Jest cyniczny, manipuluję itd. Co za tym idzie, generalnie nie lubię polityków, bo tacy właśnie są wszyscy niestety. Ale czytam o odmowie opublikowania orzeczenia Trybunału, o „najgorszym sorcie Polaków”, patrzę na te tłumu na zdjęciach i czegoś nie rozumiem. Kto tak bardzo chce obronić swoją pozycję, że dąży do mobilizacji takich mas? Poprzedni rząd publikował często orzeczenia później, a tu ktoś tylko zapytał, czy to zgodne z prawem, że niepełny skład sędziów orzeka w takiej sprawie. Ktoś zapytał, ale media z tego już zrobiły zamach na demokrację. Co do sortu, przemęczyłem się i posłuchałem tej wypowiedzi JarKacza (starałem się nie patrzeć, miałem inne zakładki otwarte). I nie powiedział nic, co by sugerowało, że protestujący należą do tego sortu. Wystarczy jednak poszukać w necie i już mamy koszulki, że jesteśmy dumni z bycia najgorszym sortem, a NaTemat nawet podpisuje, że JK mówi o najgorszym sorcie w 17 min 30 sek, żeby przypadkiem nikt nie musiał oglądać całego wywiadu, nie łapał kontekstu, bo jeszcze by ktoś to zrozumiał może tak, jakby autor słów chciał być zrozumiany.

I mam żal, nie o pocisk po PiSie, bo to nawet zabawne jest. Ale gdzie byli ci wszyscy Petru i inne sierotki, kiedy poprzednia ekipa ru*ła obywateli bez mydła? Co mówili, kiedy pieniądze z OFE przepompowano w dogorywającego molocha, jakim jest ZUS? Co mówili, kiedy politycy śmiali się w twarz mieląc podpisy referendalne odnośnie JOWów, 6-latków? Kiedy nawet nie rozmawiano o inicjatywach pod którymi podpisały się setki tysięcy osób?

I tak, przeraża mnie PiS i jego pomysły, jednak daję im maksymalnie 2 lata, więcej raczej się nie utrzymają. Przeraża mnie miesięcznica smoleńska pod pałacem, przeraża mnie Radio Maryja, wycierające sobie tyłek religią. Ale przerażała mnie też niefrasobliwość wielu wcześniejszych rządzących. Tylko wtedy jakoś nikt nie wychodził na ulice… Dlaczego?

I ciekawa opinia tutaj.

 

Historia jednego zdjęcia – część 2. Kobieta z balonami

2a

Tbilisi, Marjanishvili. Wypatrzyliśmy ją wracając do hostelu po wieczornym zwiedzaniu Tbilisi. Zostawiliśmy za sobą huczne obchody Tbilisoby. Gruzini mówią, że w tych dniach rzeka Kura przybiera kolor wina. Coś, co warto zobaczyć, w czym warto uczestniczyć. Centrum zamienia się w wielki festyn. Na Marjanishvili było już ciszej. Przechodnie, trąbiące samochody, taka gruzińska norma. Ona stała na rogu, na przeciwko McDonalda. Wszyscy ją mijali, szli dalej, nie zwracając uwagi.
A mi jakoś przewrotnie skojarzył się w tym momencie film Up. Tyle, że ta pani już nigdzie nie poleci. Za mało ich, żeby mogły unieść marzenia, zatrzymała się, uwięziona na rogu ulicy. Stała, jakby wycięta z innej rzeczywistości…

Historia jednego zdjęcia – część 1.

1a

Poznań, ul. Św. Marcin. Ekspansja handlu wielkopowierzchniowego zamienia centra miast w cień tego, czym powinny być. Poznań przoduje w niechlubnych statystykach powierzchni wielkiego handlu na mieszkańca.
Kiedyś reprezentacyjna ulica miasta zamienia się w pasaż banków i pustostanów.
W pierwszej chwili dawny salon GSM wydaje się jakąś artystyczną instalacją. Sprawia wrażenie jakichś ramion robotów poskręcanych w „przedśmiertnych” spazmach. Drugie spojrzenie pokazuje pozornie bardziej banalną prawdę. Pozornie. W rzeczywistości miejsce to puentuje świetnie całą ulicę i powolną agonię centrów miejskich.

Historia jednego zdjęcia – wstęp, czyli „musi być jakieś życie na osiedlu”

Przyszło mi wrócić z Gruzji. Z równoległej rzeczywistości. Lubię chyba pisać po. Nie nadążam za tą zabawą, że jak tylko jesteś online, to na bieżąco relacjonujesz wszystko na fejsach, czy innych instagramach, a potem to już nikogo nie interesuje, co masz do powiedzenia. Może jestem stary już? Ale teraz to dobry moment, żeby w końcu coś napisać. Bo musi być jakieś życie na osiedlu (na blogu, znaczy, dla niekumatych), jak to powiedziane zostało w Misiu. I nie mówcie, że nie macie osiedla, bo mieć możecie! W przyszłości! (Czy jakoś tak)

Długo nie mogłem znaleźć pomysłu na to, co ma być na tej stronie, czy skupić się na fotografii, czy na jakichś ogólnych rozkminach o niczym. I chyba znalazłem odpowiedź. Nie lubię zbytnio serii zdjęć. Wolę pojedyncze obrazy. Wolę zawsze komunikat niezakończony. Taki, który powoduje jakaś refleksję u odbiorcy. Nie chcę robić z drugiej strony debila. To nieładne, nieestetyczne i ogólne ble i fuj. Ale jednemu zdjęciu ciężko nadać wystarczający ładunek, by zawrzeć w nim tyle treści, ile byśmy chcieli. Stąd może moja sympatia do formy pośredniej. Lubię  czytać/słuchać o zdjęciu (tak wiem, zdjęcie powinno bronić się samo, ale nie bądźmy fotonazi). Jak powstało, gdzie, kiedy, kto komu je zrobił. Cały ten kontekst sprawia, że historia nabiera większego wymiaru, bardziej wpasowuje się w konkretny punkt czasoprzestrzeni. Bo chyba o to chodzi? Żebyśmy robiąc zdjęcie zamrażali ten jeden niepowtarzalny fragment czasu i przestrzeni? Bez tego obraz może stać się tylko zbiorem pikseli, czy punktów na błonie fotograficznej.

Pomyślałem o luźnej serii, którą zamierzam właśnie opisać jako „Historia jednego zdjęcia”. W Gruzji wydarzyło się parę rzeczy, spotkałem parę osób, które mniej lub bardziej świadomie zainspirowały mnie do tego. Tak więc będą pojedyncze kadry. Luźne, nie zawsze jakieś wyszukane fotograficznie, ale będą opowiadać jakąś historię, moją interpretację tego obrazu, moje odczucia w momencie naciskania spustu, czy refleksję po dłuższym obcowaniu ze zdjęciem. Czasem będzie poważnie, czasem ironicznie, bo nie byłbym sobą… Tak więc stało się, ruszam. Dziś nie będzie jeszcze zdjęcia, pierwszy wpis pojawi się na dniach. Serio.

I na koniec tego wpisu przyjdzie mi jeszcze podziękować wszystkim osobom, które w czasie tego wyjazdu gdzieś mi się nawinęły, pomogły, poradziły, poinformowały. Nie da się wymienić każdego z imienia. Jednak podziękować muszę imiennie Martynie, która postanowiła wziąć na siebie rolę Wiernego Towarzysza Podróży, i choć o mało czasem się nie pobiliśmy, to zawsze wypracowywaliśmy jakieś pokojowe rozwiązanie. Przy okazji zapraszam na jej blog. Przeczytacie trochę o Papui – Nowej Gwinei, a znalazł się też i wpis o Gruzji.

Wpis inauguracyjny

No i stało się. Bloga założyłem… Jakkolwiek od jakiegoś czasu ten zamiar łaził mi po głowie, jednak w końcu przemogłem sie, żeby napisać cokolwiek. Bo i okazja się znalazła. Będzie na czasie w sumie. Bo trochę o sami-wiecie-jakim-filmie.
Ponieważ dziś wybrałem się na wycieczkę do stolicy, to miałem sporo czasu, żeby podumać. Mijane w pociągu/autobusie/samochodzie obrazy zawsze sprawiają, że wpadam w dość refleksyjny nastrój i często żałuję, że jeszcze nie wymyślono takiego magicznego urządzenia, co to potrafi zapisywać myśli bez przestukiwania ich na klawiaturę. Jednak te nasze przytorowe badyliska, te szopy sklecone na szybko z ogólnodostępnego niczego, cała ta nasza Rzeczpospolita Badylasta sprawia, że się zamyślam. Na ogół. Swoją drogą – nie zastanawiało Was nigdy, co to za roślina jest – te badyle wszędobylskie, wyrastające wszędzie, gdzie nikt ich nie chce?
Ale nie przeciągając. Przedział, jak to przedział klasycznego drugoklasowego TLK – zajęty w całości. Nic więc dziwnego, że udało mi się przeczytać nagłówek jednego z artykułów traktujących o sami-wiecie-jakim-filmie. Jakiś/aś tam pan/i – nie pamiętam niestety już – doradzała naszym rodaczkom, by zachowań podpatrzonych w owym filmie nie przenosić do związku, jeśli nie chce ich partner, bo tragedią ogólnie pojęto grozi to. Nie zaprzeczę – uwaga celna i pewnie nie dla wszystkich oczywista. Niezgodne z moją naturą byłoby jednak, gdybym sobie nie narysował w głowie jakiegoś lekko złośliwego obrazu w odpowiedzi na tę poradę. I oto stanęły mi przed oczyma te nasze przaśne Halinki i Bożenki kupujące swoimi Januszom i Marianom pejcze i inne ciekawe akcesoria. Ku przerażeniu Januszów i Marianów oczywiście. No bo cóż taki biedny Janusz ma zrobić, jak jemu się „zdarza tylko na misjonarza”? I co taki Marian pocznie z tym pejczem? Powiesi na gwoździu obok makatki czy tam innego jelenia na rykowisku? I już widzę, jak cała nasza poczciwa Polska zatapia się w greyomanii. Te billboardy! Pejcz do zabaw SM – 13.99!! Czy grzmiące w radiu, że w jakimś markecie teraz kajdanki tylko za 12,99!! I nasi dzielni politycy rzucający się do regulowania tychże reklam, do ustaw, rozporządzeń. Bo jak to tak rzeczywistość bez ustaw i rozporządzeń funkcjonować nie może!
I powiecie mi teraz, że może ktoś czytał ten artykuł i, że to nie o to chodzi. I ja się zgodzę – nie czytałem artykułu – nie kupuję gazet (lub czasopism) z zasady w sumie. Nie czytałem też książki, nie widziałem filmu. I powiecie może, że to nie o Bożenkach i Halinkach artykuł traktował. I ja przytaknę również. Nie mogłem sobie jednak odmówić tego obrazu (wolnego od jakiejkolwiek oceny tak naprawdę). Bo to byłoby takie… nasze…

© 2017 Moje herezje

Theme by Anders NorenUp ↑